Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
[x]

deviantART

 


-Micheal Johnson do pana – powiedziała stojaca w drzwiach sekretarka Marka.
-Niech wejdzie – odpowiedział Mark. Wyjął z szuflady swoje ulubione cygaro, zapalił. Rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu. Chwile później do pomieszczenia wszedł młody, ubrany w dresy mężczyzna z rozczochraną fryzurą.
-Cześć Mark – powiedział siadając na na przeciwko – O co chodzi?
-Witaj Mike. Zapalisz?
-Nie dzięki, nie pale cygar. Jakoś sie nie mogę do nich przekonać.
-Co słychać?
-A w porządku. Wszystko idzie świetnie.
-I właśnie po to cię wezwałem.
-Żeby dowiedzieć sie jak idą badania. Świetnie Mark, serio świetnie. To będzie przełom. Jesteśmy w finalnej fazie. Przeprowadzamy właśnie ostatnie badania. Za tydzień prawdopodobnie uruchamiamy projekt...
-Już za tydzień – przerwał Mark – A ja ciągle nie wiem co robicie. Płace nieziemskie kwoty, zatrudniam socjologów, informatykow I mase innych specjalistów a ty ciągle nie powiedziałeś mi o co chodzi.
-Mark, to ściśle tajne. Nikt się nie może dowiedzieć. Wytrzymaj jeszcze tydzień. Wtedy zobaczysz rezultat.
-Nikt się nie może dowiedzieć... To rozumiem... Ale ja nie jestem nikt. Jestem twoim przełożonym I finansuje ten cały projekt. Mike, gdyby na twoim miejscu był ktoś inny juz dawno by wyleciał za to, że nic nie wiem. Do ciebie mam wielkie zaufanie ale na tydzień przed, w momencie gdy wpływa zapotrzebowanie na kolejną porcję gotówki to chyba mogę być ciekawy. Więc chcę wiedzieć. Prosta sprawa. Jeśli nie powiesz, wstrzymuje projekt.
-Mark! Tylko tydzień. To będzie wielka niespodzianka. Wielki projekt. Wielki przełom.
-I za tydzien dostane sklonowanego czlowieka albo coś jeszcze gorszego. Nie moge ryzykować. Skąd mam wiedzieć, że nie prowadzicie badań z rodzaju zakazanych. Wiesz jakie są za to kary. Wszystko pójdzie na mnie. A ty jesteś na tyle szalony, że mógłbyś sklonować człowieka.
-Sklonować człowieka? Nie! To będzie coś dużo, dużo lepszego!
-Czyli co?! Nie powiesz mi to wstrzymam projekt. To moja ostateczna decyzja.
-Ale...
-Mów albo zejdź mi z oczy Mike. Moja cierpliwość się już kończy. Tym razem mnie nie spławisz. Mówie całkowicie powarznie – Mike znał Johna od dawna I wiedział, że tym razem na prawdę mówi poważnie.
-No dobra...
-No słucham – zachęcil Mark.
-Mówiłeś  o klonowaniu człowika...
-Tylko nie to!
-Nie, nie klonujemy człowieka, ani innej istoty. Przynajmniej nie jako jednostki. Można powiedzieć, że klonujemy cały świat. W toku badań okazało się, że cały świat, całe życie można opisać algorytmami. Nieziemsko skąplikowanymi ale algorytmami. I my je odkrylismy. Tworzymy symulacje. Symulacje naszego świata. Komputerowy świat który jest idealnym odzwierciedleniem naszej rzeczywistości.
-Chyba sobie żartujesz. To jest nie możliwe. Obrażasz mnie próbując się wykręcać.
-Poważnie Mark. Chcialeś wiedzieć nad czym pracujemy to ci mówie. Symulacje świata. Od początku istnienia.
-A jak powstał świat?
- Tego oczywiście nie wiemy ale wiemy jak wygladał gdy powstał. To jest nasza baza, punkt wyjścia. Narzycając na to algorytmy opisujące każdy element świata, dosłownie każdy tworzymy symulacje naszego świata, idealnie wierną.
-Nie da sie zrobić. Może I stworzyliście wierny punkt wyjścia. Ale nie da się opisać ludzkich decyzji algorytmami, ani zdarzeń losowych.
-Da się. Nie mamy wolnej woli. Mamy jej ułudę. Nic więcej. Wszystko pozatym to chemia, matematyka I takie tam.
-I chcesz mi wmówić, że to działa?
-Wszystko wskazuje na to, że tak.
-A jaki jest tego cel?
-Cel? Możemy pozać całą historie. Obserować każdy moment w naszej historii w dowolnym miejscu na ziemii. Każdy moment z naszej przeszłości a również przyszłość.
-Przyszłości? Zajmujemy się nauką a nie wróżbiarstwem. Przyszłość jest nieznana.
-Ale da się ja z praktycznie 100% prawdopodobieństwem przewidzieć. Wystraczy uruchomić nasz projekt. Z każda godziną będziemy mogli poznać kolejny rok czy dekadę czy nawet stulecie naszej histori. W końcu gdy cały ten sprzęt przeprowadzi stosowne obliczenia zobaczymy co się dzieje teraz I zaczniemy móc poznawać przyszłość.
-Poznawszy przyszłość zmieni się teraźniejszość więc zmieni się przyszłość.
-Mark. Nie ma wielu możliwych przyszłości! Jest jedna I tylko jedna. Nasza symulacja weźmie pod uwaga fakt naszej świadomości o przyszłości. Prosta sprawa.
-Brzmi to jak jakaś szarlatańska wizja. Nie jestem tego wszystkiego pewien. Nie mogę uwierzyc, że to zadziała.
-Zadziała John, zadziała. Przyjdź za tydzień na uruchomienie projektu to sam zobaczysz.
-A jak nie zadziała? Zmarnuje tyle kasy.
-I tak już tyle w to zainwestowałes, że ta ostatnia sumka niewiele zmieni. Wiec zaryzykuj.-po tych słowach Mike, Mark zgasił niedopalone cygaro. Przez chwilę milczał po czym powiedział:
-Dobrze. Ale jak to sie nie uda...
-Uda się. Wszystko się uda!



Równo tydzień później Mark stał obok Mike w sali z wielkim ekranem oraz masą sprzetu komputerowego.
-Widzisz Mark! Widzisz wszystko działa- śmiał się Mike. - Tak jak mówiłem!
-Tak jak mowiłeś... - odpowiedział, będący pod ogromym wrażeniem Mark.
-Dotarliśmy już prawie do teraz.
-Bo zaczęliście wczesniej, beze mnie.
-Wybacz, wszystko było gotowe. Nie mogliśmy się powstrzymać.
-No trudno. Wystarczająco się ciesze, że działa. To co pokazaliście z pierwszej wojny światowej zgadza się z moją wiedzą na jej temat.
-Bo tak właśnie było Mark!
-Wiec z dużo dozą prawdopodobieństwa moge stwierdzić, że wydarzeniach wielkich, ogólnoświatowych system się sprawdza. A co z życiem w skali mikro. Co z życiem jednostek. Czy te komputery są wstenie wyświetlić życie pojedynczego człowieka.
-Powiedz tylko kogo, gdzie I kiedy.
-Dowolnej osoby. Nie chcę narazie sprawdzać zgodności z prawdą, chcę tylko pokazać czy symulacja prezentuje spójny I logiczny obraz. Na sprawdzanie zgodności z rzeczywistością przyjdzie czas później.
-Adam! - krzyknął Mike do mężczyzny przy komputerze obsługującego symulację. - Dawaj jakaś jednostke. Powiedzmy sprzed tygodnie.
-Jakieś konkrety?  - spytał informatyk.
-Nie, dowolna osoba.
-Się robi!





Mary czekała siedziała przed włączonym telewizorem. Patrzyła się ślepo w ekran. Czekał na swojego męża - Johna. Zadzwonił przed godziną informując, że się spóźni bo ma strasznie dużo pracy. Już drugi raz w tym tygodniu. - pomyślała Mary.
-Trudno, kolacja nie może się zmarnować. - powiedziała cicho sama do siebie. Wstała ze starego fotela, nie wyłączając telewizora I poszła do kuchni. Pomieszczenie było małe, jednak urządzone wyjątkowo ładnie. Jedyną, oprócz wielkości, wadą było wyjątkowo małe okeinko, które sprawiało, że było to wyjątkowo ciemne pomieszczenie. Mary podeszła do nowiutkiego, kupionego zaledwie przed tygodniem piekarnika. Wyjęła z niego przygotowaną na kolacje pieczeń. Po chwili kszątania się w typowo kobiecy sposób siedziała przy stole, mając przed sobą talerz z cigągle ciepłą porcją mięsa, nie do końca ciepłymi ziemniakami oraz surówka z marchewki. Zaczęła jeść.
Na pewno pyszne -przypomniała sobie słowa Johna
-Żebyś kurwa wiedział – powiedziała słabym, zmęczonym głosem. Jadła powoli, bez przekonania. Myślała. Myślała o tym jak to było kiedyś między nimi. Łza spłynęła jej z kąta oka. Zostawiła nie dokończony posiłek. Wróciła do pokoju. Położyła się na łóżku, zamknęła oczy I płakała. Płakała dlugo. W  końcu zasnęła.





John czekał na Mary. Wszystko było przygotowane. Kolacja, świece, romantyczna muzyka oraz prezent. Nie próbował silić się na oryginalność. Wiedział co lubi Mery i to właśnie chciał jej zapewnić. Mijały dwa lata od kiedy byli razem. Byli ze sobą szczęśliwi. Lekko nerwowym wzrokiem rozejrzal się po pokoju. Wszystko było idealnie przyogotowane. Nie pozostawało nic innego niż czekać na jej przyjście. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, zamknął oczy. Zaczał rozmyślać nad ich związkiem, nad jego przyszłością. Myślał o oświadczeniu się. Nie był jeszcze na to gotowy, ale planował uczynic to w najbliższej przyszłości. Wiedział, że Mery sie zgodzi, wiedział, że na to czeka.  Już niedługo... pomyślał i uśmiechnał się. Po chwili usłyszał dźwięk otwierania drzwi. Szybko wstał z fotela, chwycił przygotowany bukiet róż i poszedł do przedpokoju.
-Cześć – rzuciła Mery, stojąc do niego plecami, zdejmując buty.
-Cześć – gdy tylko Mery odwróciła się, John usmiechał się jeszcze bardziej wyciągnął przed siebie reke z kwiatami i powiedział – Dla ciebie Mery.
-O... A z jakiej to... o boże... dzięki... aż mi wstyd bo sama o tym zapomnialam – rzuciła się mu w objęcia – Dzieki John, jak cudownie, że pamiętałeś. A ja głupia zapomniałem.
-Mery, wiem jaka jesteś zabiegana...
-I tak powinnam pamiętać. To facet w związku powinien zapominać o takich rzeczach a nie kobieta
-Przepraszam, że łamie stereotypy – zaśmiał się John. Pomógł jej zdjąć płaszcz. Razem weszli do pokoju gdzie czekała kolacja.
-Ojej, o wszystkim pomyślałeś.
-Jak już coś robic to porządnie.
Usiedli razem do stołu. Zaczeli jeść. Jedli dość wolno bo dużo rozawiali. Mimo, że byli ze soba od dwóch lat a znali się od czterech ciągle mieli wiele tematów do rozmowy. W końcu nadszedł moment, kiedy John postanowił dać Mary Przygotowany prezent.
-Poczekaj tu chwilkę – powiedział I wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił, ukrywając coś za plecami. Mary wstała.
-Mam coś dla ciebie – powiedzial John




Głośny i drażniący dźwiek budziki obudził Johna.
-Godzina, 6.30 – z głosników dobiegał metaliczny głos – śniadanie, o,  godzinie, 7, pracownikom, działu, drugiego, przypomina, się, o, nowej, dostawie, radzi, się, wszystkim, o, nie, zaniedbywanie, czytania, regulaminu, przypominamy, jakiekolwiek, wykroczenia, będą, surowo, karane – chwila ciszy – Firma, Live-Nikuj, życzy, miłego, dnia.
John wstał z łóżka o ile to coś na czym leżał można było tak nazwać. Nie mial zbyt wiele czasu do śniadania. Inni w jego pokoju jeszcze leżeli. Byli bardziej doświadczeni, zorganizowani I przystosowaniu do tego trybu życia. Był tu od niedawna, od paru tygodni. Gdzie był wczesniej? Kim był wcześniej? Tego nie wiedział. Gdy brał szybki, poranny prysznic usłyszał jak inni wstają. Piętnaście minut... - pomyślał. Wyszedł spod prysznica. Wycierając się sterylnie białym ręcznikiem myślał o “nowej dostawie”. Tym razem będzie uczestniczył w procesie od samego początku. Nie będzie już przyuczanym pomocnikiem. Wraz ze swoim nowym partnerem Jamesem dostanie swój własny podmiot. Niezbyt cieszyła go ta myśl. Wolał być pomocnikiem, który nie ponosi w pełni moralnej odpowiedzialności za swoją prace. Tak przynajmniej myślał do tej pory broniąc się przed nieuknionymi na początku wyrzutami sumienia.
-Gdybym tylko nie musiał...-wymruczał sam do siebie John. Wiedział jednak, że musi. Na samym początku dowiedział się, że robi to tylko i wyłącznie dla dobra podmiotu. Nie przekonywało go to jednak zbytnio. To co motywowało go do wykonywania obowiązków był strach. Sam nie wiedział przed czym dokładnie. Przed karą – to było pewne. Czy była to śmierć lub co gorsze – stanie się podmiotem – tego nie wiedział, nie chciał wiedzieć. Kilka minut przed siódmą zjawił się w pokoju posiłków. Dobrze, że przynajmniej nie nazywają tego stołówką... Wszyscy jedli w milczeniu. Odebrawszy swoją porcje wysoko energetycznej bezsmakowej papki usiadł na swoim miejscu. Nie był zbytnio głodny. Jadł bo wiedział, że jeść musi. Potrzebował siły do wykonywania swoich obowiązków. Po skończeniu posiłku siedział, patrząc się w blat stołu. Czekał na rutynowy komunikat. Po paru miutach wszechobecne głośniki zawarczały.
-Dziękujemy, za, wspólny, posiłek. Pracownicy, działu, drugiego, informowani, są , o obowiazku, stawienia, się, w, sekcji, Alfa, w, celu, uzyskania, nowych, podmiotów. Reszta, uda, się, w, standardowe, miejsce, swojej, pracy. Firma, Live-Nikuj, życzy, miłego, dnia.
-Miłego kurwa dnia – cicho I dość ponuro zaśmiał się James, siedzący obok Johna. - Choć John, robota czeka. Mam nadzieje, że trafi się jakiś gnój. Pedofil albo ktoś taki.
-A trafił się kiedyś?
-Nie... Jeszcze nigdy, przynajmniej ja się z tym nie spotkałem. Ale nadzieje warto mieć. - Wstali I wyszli.
-Byłeś już w sekcji Alfa? - zapytał James
-Jeszcze nie.
-Ponure miejsce.
-A to mnie zaskoczyłes James. Sądziłem, że tak jak pozostałe pomieszczenia tutaj będzie ładne, przytulne I kolorowe. - ironicznie odparł John
-Wyjątkowo ponure...-dalej szli już mielczeniu. Gdy weszli do sekcji Alfa John zrozumiał o co chodziło jego parnerowi.
-Rzeczywiście wyjątkowo parszywe miejsce.
-Cicho! Tutaj lepiej nie odzywać się niepytanym. - Pomieszczenie w odróżnieniu od reszty nie było sterylnie czyste I oślepiajaco białe. Zacieki na ścianach, widoczna pleśń na suficie. Jedyne co było stosunkowo przyjemne w tym miejscu zapach, a dokładniej jego brak. Nie czuć było zapachu śmierci. Tak John w myślach nazywał prawie wszechobecny zapach. Z tego co wiedział John nikt tu nie ginął a pomimo to dało się go wyczuć, przebiał się przez zapach chemicznych środków czystości.Stanęli razem z grupą innych pracowników. Z głosnika dobiegał głos informujacy, gdzie która z par pracowników ma sie w stawić by odebrać swój podmiot. Razem udali się w wyznaczone miejsce.W pomieszczeniu był stolik, którym leżał plik dokumentów oraz wielka szyba, za którą na stole leżała naga, nieprzytomna kobieta.
-O... Ja... ja ją skądś znam... - powiedział.
-Syndrom znajomego – odparł James – każdemu się to trafia. Prędzej czy później. Opisany w rozdziale sdwunastym.
-Znasz na pamięć ten caly podręcznik?
-Tak. I lepiej żebyś też go jak najszybciej poznał. Bardzo przydatna rzecz.
-Ale ja ją na pewno już gdzieś widziałem.
-77% ludzi których dotyka syndrom znajomego wypowiada to lub równoznaczne znaczeniowo zdanie.
-Ale...
-Żadnego ale John. Musimy zapoznac się z tymi dokumentami. Czym szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. I przejdziemy do procedury podstawowej.
-James. Ja jestem pewien. To nie żaden syndrom! - prawie krzyczał John
-Uspokuj się. Nie zapminaj o tym, że możemy być na podsłuchu. Lepiej nie ryzykuj!
-Jasne – spokojnie odpowiedział John – Ale...
-Skończ z tymi alami kurwa. Każdego to spotyka. Niektórych nawet kilka razy więc sobie odpóść.
-Ciebie też?
-Tak... Kiedyś... kiedyś wydawało mi się, że znam jeden z podmiotów. Dużo o tym myślałem, to nieuniknione. Wydawało mi się, że to mój ojciec... Ale to tylko syndrom... tylko syndrom...-James wział do ręki dokumenty. - Mary Wilkin, lat dwadzieścia cztery, data przechwycenia dwudziesty trzeci marca 2006, podczas kolacji ze swoim parnerem.
-To...Tak jakby... coś mi sie przypomina!
-Zamknij się w końcu. Jakby tu było napisane, że jest z marsa I ma cztery nogi to też by ci się wydawało, że coś ci się przypomina. Przeczytałbys podręcznik to wiedziałbyś o co chodzi. Nie drukują ich bez powodu.- po tych słowach ponownie zacząl czytać dokumenty.- Okres pracy nad podmiotem  to czterdzieści siedem dni. Stopień nasilenia działań wysoki. No to kurde mamy dość nieprzyjemną robote.
-Za co? - zapytał John wskazując ruchem głowy na kobiete.
-Kłamstwa, nieszczerość, zdrada.
-Za takie coś taka kara?
-Nie nasza sprawa John. Takie są zasady.
-A kto te zasady ustala?
-Live-Nikuj.
-Czyli kto?
-Pewnie rząd. Tak mi się wydaje. Nikt inny nie miałby wystarczająco dużo kasy na takie coś.
-Twierdzisz, że rząd torturuje swoich obywateli za zdrade?
-Może tak może nie. Nie koniecznie to co jest w tych aktach to prawda. Może to jakaś terrorystka albo coś.
-Jasne... Wkecaj sobie dalej. - Głośniki zaszumialy.
-John, Malerback, oraz, James, Mitwick, proszeni, są, o zajęcie, się, obowiązkami.
-Widzisz John. Siedź cicho! Do roboty.
-Jasne...




Pierwszy dzień pracy nad podmiotem był jak się okazało najgorszy. Podmiot miał jeszcze wystarczająco energi by okazaywać ból. Wczesniej, John pracował nad wymęczonymi ludźmi którzy nie byli wstanie tego okazać.
-Zabieg trzeci, ostatni na dziś – powiedział James
-Przypalanie?
-Tak?
-Ogniem?
-Nie, rozgrzaną płytą. Coś jak smażenie na patelni.
-Tylko, że żywcem.
-Tylko, że... John twoja kolej.
-Nie mógłbyś...
-Nie... Przepisy. Musisz brać w tym udział.
John kiwnął bez entuzjazmu głową. Wstał I wszedł do pomieszczenia gdzie znajdowała się kobieta.
Gdy tylko wszedł, znalazła jeszcze resztkę sił bo błagać o litość oraz zwyzywać od matkojebców. John się nie odzywał to było zakazane. Kilka minut później wrócił do James.
-Gotowe?
-Tak.
-To zaczynaj. - John wcisnął przyciśk. Spojrzał na kobietę za szybą. Słyszał jej krzyk, widział jak próbowała uciec do piekącej płyty do której była solidnie przywiązana.
-Podkręc – powiedział James.
-Co?
-Podkręc temperature.
-Nie, wystaczy.
-Podkręc. Musisz John. - John nie protestował więcej. Przekręcił ciemnoczerwoną gałkę.




Po kilku dniach John miał dość. Właśnie wychodził z posiłku. Dziś miał wolne. Wychodząc spotkał niewysokiego grubaska.
-John – powiedział grubasek
-Znamy się?
-Ty mnie nie, ja cię tak – mówił bardzo cicho – Obserwuje cię od jakiegoś czasu. Widzę co cie gnębi.
-No I?
-No I takich jak ty jest niewielu. Jesteś potrzebny. John choć ze mną. Tylko pamiętaj. Nikomu o tym nie mów.-John nie rozumiał o co chodzi. Był jednak w takim stanie, że posłusznie poszedł za grubaskiem. Szli ścieżkami, które sprawiały wrażenie dawno nie używanych. W końcu, po paru minutach dotarli do niewielkich drzwi.
-To tu-powiedział grubasek
-Co tu?
-Odpowiedzi.
-Na co?
-Na to co cię gnębi.
-Żeby to było takie łatwe... - wymruczał ponuro John
-Nie jest – powiedział grubasek – Ale trzeba próbować-Po tych słowach otworzył drzwi. Weszli. W pokoju znajdowało się kilku mężczyzn
-Ostatni? - zapytał najwyższy z nich
-Ostatni – odpowiedział grubasek
-Tylu nas powinno starczyć – powiedział jeden.
-Oby...-powiedział drugi
-Jestem Wigger – przedstawił sie grubasek.  -A to są: Milch, Swen, Walky, Beard, Frank oraz Wizzy.
-John- odparł, zgodnie z prawdą John
-Wiemy – powiedział prawdopodobnie Swen
-Wiesz czemu tu jesteś – zapytał Wigger
-Chyba tak...
-Chyba?
-To my ci powiemy – powiedział któryś  z nich – Jesteś tu dlatego, że masz wątpliwości. Wszyscy mamy wątpliwości. Dłużej niż ty.
-I wiemy więcej niż ty
-To jakiś świat poza światem – powiedział któryś
-Matrix? - powiedział siląc się na żart John
-Matrix – odparł z pełną powagą jeden z nich
-Z tym że realny. Żyjemy w świecie poza światem, a dokładniej poza czasem.
-Czyli – zaciekawił się John
-Czyli, że prawdopodobnie jeśeteśmy już, martwi, w sensie takim...hmmmm ziemskim....
-Najłatwiej ci będzie zrozumieć, jesli powiemyl, że jesteśmy obsługa techniczną czyścca.
-Czyśccca?- zdziwił się John
-Lepiej cztyścca niż piekła....
-Lepiej – zgodził się John
-Nie powinniśmy ryzykować..
-Ryzykować?
-Tak... Nie powinniśmy ci tego mówić... Ale... Ale już dość.... Musimy coś zrobić
-Z czym?
-Z tym co robimy...
-Zawodowo – dodał ponuro inny
-Krzywdzimy innych..
-Ale takie są zasady – powiedział bez przekonania John
-Zasady – zaśmiał się któryś
-Pomyśl John!
-Myśle!
-I?
-I nic nie wiem
-Prawdopodnie w sensie ziemskim nie żyjesz. Taką mamy przynajmniej wiedzę. Prawdopodobnie jesteś w czyśccu. Prawdopodobnie musisz oczyścić ludzi którzy mają trafić do nieba...
-Prawdopodnie? - spytał John
-Prawdopodobnie... Nic nie jest pewne... Miałeś już zapewne syndrom znajomego.
-Chyba tak
-To nie syndrom... To prawda.... Kim była ta osoba
-Chyba... Chyba moją dziewczyną... - stwierdził John
-Chyba tak. Teraz się wysi. Przypomnij sobie swoje życie. Przypominij sobię moment gdy ta twoja dziewczyna nagle, zupełnie bez powodu zaczęłą się cię panicznie bać.
-Bać?
-Tak. Wiesz, okresliliśmy to mianem czyśćca ale nie jest to tak do końca. Jest to taki dla nich jakby czyśćcec za życia. Gdy popełnią jakieś grzechy. W ramach oczyszczenia trafiają tutaj. Nic z tego nie pamiętają. Zostaję tylko to co jest najgłębiej.
-Strach – powiedział cicho John
-Tak... Podświadomię boją się osoby ktorą się nią zajmowała.
-Pamiętasz coś takiego John?- John zamknął oczy. Usilnie starał sobie coś przypomnieć.
-Nie, chyba nie...
-Pomyśl jeszcze kiedys o tym to sobie przypomnisz może.
-Teraz powiemy ci co tu robimy.
-Mamy dość.
-Trzeba działać.
-Jest nas mało ale mamy odpowiednią wiedzę. Mamy szanse.
-Za kilka dni. Zaczynamy.
-Zaczynamy? Ale co?
-Tego dowiesz się za kilka dni. Dokładnie za cztery. O tej samej porze, w tym samym miejscu, zapamietaj drogę wracając.
-Ale wtedy nie będę miał wolnego.
-Będziesz – zaśmial się któryś – Mamy pewne wplywy. Gdybyśmy nie umieli załatwić ci wolnego porywalibyśmy się z motyką na słońce.
John cały dzień spędzil leżąc na łóżku, myśląc o tym co się wydarzyło. Zastanawiał się czy nie jest to jakiś test. Czy z powodu jego, podsłuchanych rozmów z Jamesem nie uznali go za podejrzanego I nie postanowili go sprawdzić. Fikcyjna rebelia, jak to w myślach nazywał John, ma tylko sprawdzić jego oddanie firmie, sprawdzić czy nie jest niebezpieczny. Rozmyślał całą noc. Następnego dnia podczas zajęć z podmiotem, gdy przygotowywał dziewczynę do zabiegu wydłubywania oczu ta spojrzała na niego smutnym spojrzeniem, wyszeptała:
-John...-słowe te przeraziły Johna. Podczas swoich nocnych rozmyśleń uwierzył, że jest to tylko syndrom znajomego. Teraz nie wiedział już nic. Dziewczyna dalej na niego patrzyła. John nic nie mówiąc, roztrzęsionymi rękami dokończył przygotowywanie jej do zabiegu. Szybko wyszedł. Wtedy mu się przypomniało. Dzień w którym spędzali razem świętując dwa lata bycia ze sobą. Moment w którym chciał dać jej prezent. Moment w którym nagle odskoczyła przerażona. Przed oczami stawały mu obrazu calego swojego życia. Zerwała z nim, unikała go, a on ją kochał. Zmarnowal sobie przez to życie. Alkohol, narkotyki, samotność.
-Zmarnowałem sobie przez nią życie – powiedział cicho. Poczuł się zły. Poczuł się skrzywdzony. Opanował go gniew I chęć zemsty. Ochłonął dość szybko, nie wystarczająco jednak by powstrzymac się od uruchomienia maszyny, która w powolny I bolesny sposób pozbawila dziewczyny oczu. Johny był zły na siebie, że dał się ponieść emocją. I tak musiał by nacisnąć ten przycisk ale wolałby zrobić to nie jako forma zemsty. Zemsty jak sobie uświadomił bezsensownej. Zemsty za coś czego przyczyną był on sam.
-No – powiedział James- Ide ją przygotować.
A jakby przestać zabiegów – pomyślał – wtedy może nie bała by się mnie, przecież to było zaledwie pare zabiegów. Wtedy moje życie potoczyło by się inaczej I może bym tu nie trafił. Wyrwał bym się z błędnego koła. Ale zdrada... w dokumentach jest, że jest tu za zdrade. Zdradziła kogoś. Mnie? Chyba mnie... nie ma to teraz znaczenia.- wrócił James. Chciał już uruchomic kolejną torturę.
-Nie rób tego – powiedział John
-Co? - zdziwił sie James
-Nie rób tego! Dość!
-John cokolwiek chodzi ci po glowie to nie mamy wyjścia. Jeśli tego nie zrobimy spotka nas kara a nią zajmię się ktoś inny.
-I o to mi chozi.
-Co?
-Niech ktoś inny się zajmie, a co się stanie ze mną to mało mnie to obchodzi.
-A mnie obchodzi co się ze mną stanie – po tych słowach uruchomił maszynę. John już wiedział, że za trzy dni zjawi się na spotkaniu z rebelią. Nie chciał dlużej brać w tym udziału.


-O jesteś John – ucieszyli się wszyscy gdy John jako ostatni wszedł do pomieszczenia.
-Jestem. Powiecie mi teraz co macie zamiar zrobić.
-W końcu trzeba. Nie jesteśmy ciebie pewni ale musimy działać już dziś a potrzebujemy jednej dodatkowej osoby - po czym opowiedzieli mu ze szczególami cały plan akcji. Nie był on zbyt przyjemny. Oznaczał wpuszczenie do pomieszczeń oraz korytarzy gazu trującego, który zabije wszystkich.
-Zabijemy ich.
-Nas też.
-John I tak jesteśmy martwi.
-Jak można zabić trupa.
-Ludzie tu umierają. Żadko bo żadko ale się zdarza. Co się z nimi dzieje po tej drugiej śmierci nie wiadomo. Ale trzeba coś zrobić. Trzeba z tym skończyć.
-Tak... chyba tak – zgodził sie John – po tych słowach do pomieszczenia wbieglo kilkunastu uzbrojonych mężczyzn, którzy szybko związali wszystkich, wszystkich oprócz Johna. Stał po środku pokoju nie wiedząc co się dzieje. Powolnym krokiem wszedl siwy, starszy mężczyzna.
-Dzięki John – powiedział- potrzebowalismy dowodów. A ty je nam dałeś I pomogłeś ich znaleźć.
-Ja-ździwił się John
-Tak. Zdradziłeś ich, po to zostałeś stworzony. Przez nas. Jedyne co potrafisz to zdradzać. Nie zrobiłes tego świadomie ale nie zmienia to faktu, że zdradziłeś. Jesteśmy ci wdzięczni John. Uratowałeś tylu ludzi. - John czuł sie okropnie. Zdradziłem – pomyślał.Pomyslał o Mary. Przypomniał sobię wszystko. To on ją zdradził, nie ona jego.
-Teraz rozumiem.
-Co John.
-To mój własny, prywatny czyściec.
-Mów dalej John.
-Zostałem ukarany za zdrade. Poczułem się okropnie, zdradzając obcych mi ludzi. A co dopiero jak mysle jak zdradziłem Mary. I cała ta otoczka. Tortury, które...którym mnie poddaliście.
-John – powiedział mężczyzna. - Czy żałujesz zdrady.
-Tak – powiedział szczerze John
-Czy jesteś oczyszczony?
-Tak – po tych słowach mężczyzna zaczał bić brawo. To samo uczynili pozostali.


Usiedli razem do stołu. Zaczeli jeść. Jedli dość wolno bo dużo rozawiali. Mimo, że byli ze soba od dwóch lat a znali się od czterech ciągle mieli wiele tematów do rozmowy. W końcu nadszedł moment, kiedy John postanowił dać Mary Przygotowany prezent.
-Poczekaj tu chwilkę – powiedział I wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił, ukrywając coś za plecami. Mary wstała.
-Mam coś dla ciebie – powiedzial John
-Co takiego – powiedziała Mary. John milczął. Wpatrywał się przed siebie. Nagle, nie wiedząc czemu pomyślał o zdradzie której dopóścił się kilka tygodni temu. Nagle poczuł się okropnie. Wcześniej nie traktował tego jako coś zlego. Każdemu się zdarza. -myślał. Teraz jednak dotarło do niego co zrobił. Opowiedział o wszystkim Mary. Prosił ją o przebaczenie.


Mary obudziła się rano. John chodzil po pokoju. Szykował się do pracy.
-Cześć John.
-Cześć Mary. Świetna pieczeń. Na zimno też pyszna.
-Zdradzasz mnie. - powiedziala nagle Mary
-Co?!
-Zdradzasz mnie.
-Coś ci się przyśniło Mary.


-Widzisz Mark. Na jednostkach też działa.
-Przynajmniej potrafi zaprezentować spójny obraz. Bo przecież nie wiemy czy naprawdę jakaś kobieta oskarżyła swojego męża o zdrade bo cośtam się jej przyśniło.
-Tak było. Na pewno. Ciekawe czy ją zdradzał. Sprawdźmy to.
-Ciekawski jesteś – odparł jeden z pracowników stojących obok – chłopaki już to sprawdzili
-I?
-Zdradzał I to z facetem.
-Jebany chuj – powiedział Mark
-No... Tych gejów powinni tępić – Mark spojrzał na niego wzrokiem który jednoznacznie poinformował go, że po tych słowach nie jest już mile widziany w ich towarzystwie.
-Mike – powiedział Mark – Czy mamy prawo podlądać prywatne życie innych
-Nie wiem. Ale to bez znaczenia. Prywante życie innych nas nie interesuje. Zreszta nie znamy tych ludzi. Projekt ma służyć innym celom. Umożliwi poznanie przyszlości. Ile mamy?! - zapytał mężczyzny przy komputerze.
-Do najbliższych pięci minut włącznie.
-Dawaj obraz za minutę.
-Gdzie?
-Tu.Pokaż nas za minutę!
-Nas – zdziwil sie Mark
-To rozwieje twoję wątpliwości. -Na ekranie ukazało sie pomieszczeni, w którym się znajdowali. Wszyscy pracownic zgromadzeni byli koło projektora. Jeden tylko grzebal przy maszynie. Ten jeden powiedział “To nie to” I ekran zgasł. Wśród ludzi, którzy zdąrzyli się zgromadzić wokół ekranu przeszły szmery.
-Pewnie zasilanie – powiedział jeden z techników – sprawdze to. Mark I Mike spojrzeli na siebie.
-To nie to – powiedział technik sprawdzajacy maszyne. W tym momencie świat przestał istnieć.
©2009 ~dumbo500
:icondumbo500:

Author's Comments

Wczesna wersja nowego opowiadanka. Będzie pewnie wiele zmian. Ale raczej nie w traści tylko w formie no i błędy może kiedys poprawie

Comments


love 0 0 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconthelittlebassist:
Hehe, zmieściłeś dwa opowiadania w jednym. Na dodatek oba pomysły świetne. Zazdroszczę ci Dumbo weny i talentu.

Details

June 25
36.7 KB

Statistics

1
1 [who?]
39 (0 today)
1 (0 today)

Site Map